Kiedyś w Płocku można było wybierać – Przedwiośnie, Sfinks, Diana, Studio i Sputnik. Dziś z tego wachlarza zostało tylko jedno. Przedwiośnie, prawie 950 miejsc. Na salę wchodziło się po schodach na piętro, a po skończonym seansie wychodziło przez podwórko.
Płock nocą, tuż przed seansem. Fasada kina odcina się od granatowo-fioletowego nieba, neon „przedwiośnie” jeszcze się żarzy, a kasa biletowa czeka na ostatnich spóźnialskich. To scena, którą każdy, kto choć raz szedł tą ulicą wieczorem, rozpozna od razu.
Kino Przedwiośnie to nie tylko budynek – to punkt na mapie miasta(choć już nie w takiej formie), obok którego przechodziło się setki razy, nie zawsze zatrzymując wzrok. Budynek z lat 70. z napisem”KINO” (które naprawdę pojawiło się dopiero w latach 90.) to nie dokumentalna
rekonstrukcja, tylko moja wersja tego miejsca, złożona z tego, co utkwiło w pamięci najmocniej.
Dla kogo?
Dla każdego, kto miał w tym mieście swój pierwszy seans – i dla tych, którzy pamiętają kina, których już nie ma.

